16 września, 2012

Rozdział 18


***HARRY***

Po rozmowie z Lou stwierdziłem, że może mieć rację. Psycholog mi pomoże, a dziś mam pierwszą wizytę. Podobno Nick, bo tak ma na imię jest całkiem niezły w swoim zawodzie. Niestety znów musze opuścić szkołę, bo wizyta została umuwiona na poranek. Wczoraj miałem spotkać się z Zaynem, ale zupełnie wyleciało mi to z głowy. Mam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi, powiedziałem grzecznie 'proszę'. To mój opiekun, przyszedł po mnie i czule kazał mi się pospieszyć. W końcu jedzie na dyżur, a ja zostane z moim terapeutą kilka godzin. Od wczoraj zrobił się dla mnie taki... miły. Troszczy się o mnie i mówi spokojniej. Podobno mój przypadek jest cięzki... Nie podsłuchuję, no może troszkę... Pospiesznie zszedłem z łóżka, byłem już gotowy od jakiegoś czasu, tylko położyłem się by trochę się przygotować psychicznie na dzisiejszy dzień. Czeka mnie trudna rozmowa. Schodziłem po schodach, BooBear coś do mnie mówił. Bez powodu nie potrafiłem się na tym skupić. Ubrałem płaszcz i buty, po czym wsiadliśmy do samochodu. Widziałem, jak Lou przygląda się mojej skórzanej bransoletce pod która ukrywam blizny z czasów, gdy używałem żyletki do rozwiązywania problemów. Usmiechnął się do mnie i odpalił auto. Po dziesięciominutowej jeździe Louis powiedział, że to tutaj. Otworzyłem drzwi i wysiadłem, przełknąłem głośno slinę. Nie powinienem się bać, ale mimo wszystko odczuwam strach. Poczułem rękę dotykająca mojej dłoni, przeszedł mnie dreszcz. To ten którego kocham dotknął mojej ręki. Pociągnął mnie szybko w stronę schodów, znów coś mówiąc. Gdy już znaleźliśmy odpowiednie drzwi wewnątrz tej dosyć porządnej przyhodni Tommo znów zaczął coś do mnie mówić:
-Na pewno nie chcesz, żebym szedł z tobą? -zapytał troskliwie.
-Nie, nie trzeba. Poradzę sobie. To tylko krótka rozmowa...
-Harry, widzę, że się boisz. Z resztą, nie taka krótka. -ukazał uczucie empatii wobec mnie.
-Może trochę, ale ty musisz iść na dyżur i pomagać innym ludziom tak jak mnie kiedyś. Wciąż mi pomagasz i chcę Ci podziękować za... -w tym momencie otworzyły się drzwi, zza nich moim oczom ukazał się mężczyzna w średnim wieku z dbale ułożonymi włosami, pomalowanymi rzęsami, w białym fartuszku i różowych rurkach.
-Loius, kopę lat brachu! Co u Ciebie słychać?
-Grimmy, brakowało mi twoich wygłupów po zakończeniu studiów, to mój podopieczny, Harry. Opowiedziałem Ci sytuację i mam nadzieję, ze uda Ci się mu pomóc. Niestety nie mogę długo tu zostać bo mam dyżur i...
-To może spotkajmy się po pracy!
-Świetnie, ja już lecę. Jak skończysz to zadzwoń, jeśli będzie się dało to urwę się z dyżuru, a jeśli nie to odbierze go moja znajoma Danielle.
-Mi odpowiada. To do zobaczenia. -mówili o mnie jakby mnie tu nie było. Już myslałem, że Lou w pośpiechu się nie pożegna, gdy podszedł do mnie i dał całusa w policzkek. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Zauwazyłem na sobie bystre spojrznie psychologa, wyglądał jakby się nad czyms zastanawiał. Nie chcąc bwzbudzać podejrzen o moje uczucia, powróciłem do mojej wcześniejszej, zatroskanej miny. Lekarz ruchem ręki wzkazał stronę drzwi. Zaczął do mnie mówić. Stwierdził, że muszę się przed nim otworzyć. Na te słowa, z moich oczu zaczęły tryskac łzy. Rozpocząłem moją 'spowiedź'. Po trzech godzinach wreszcie skończyliśmy. Nie czułem się lepiej, choć powinienem. Nick to całkiem miły facet... To jego praca, ale cieszy mnie, ze właśnie ktoś taki mi się trafił. Jutro dowiem sie kiedy następna wizyta. W tym momencie dzwonił gdzieś, zapewne do Tommo. Od dzisiaj mam nie kłamać i nie ukrywac uczuć, szczególnie przed Louisem. Postaram się, zrbić to co zalecił Nick. Jestem z nim po imieniu. To jest trochę dziwne, no ale trudno.
-Wygląda na to, ze odbierze Cię niejaka Danielle. -stwierdził wzdychając Grimmy.
-Nie mogę sam wrócić do domu? Znam drogę...
-Oczywiście, że możesz, ale nie powinieneś. Nasza sesja była trudna, czujesz się zmęczony. -zastanawiałem się skąd on to wszystko wie. Dokładnie tak się czuje. Czyżby kilka lat studiów dawało takie umiejętności? Usiadłem na krześle, a on obok mnie. Nie spuszczał mnie z oczu nawet na kilka sekund. To trochę krępujące uczucie... Czyżby podejrzewał, że moge sobie coś zrobić? To prawda, mam skłonności do samookaleczeń, ale nie takie, żeby ciąć się gdzie popadnie, albo skakać przez okno w którym i tak są kraty. Nie jestem szaleńcem, moja sytuacja jest trudna. Tak mi się przynajmniej wydaję, ale to on się na tym zna nie ja... Po chwili oczekiwania, nawet nie wiem jak długiej bo nie patrzyłem na zegarek, w drzwiach pojawiła się Dan. Podbiegłem do niej radosny, stęskniłem się. Dosyć dawno się nie widzieliśmy, miała rację, mówiąc że to już nie będzie to samo gdy opuszczałem szpital. Pocałowałem ją w policzek, a ona mocno mnie objęła. Nick zauważając, że to osoba na którą czekaliśmy kulturalnie się pożegnał i wszedł do jakiegoś pomieszczenia.
-I jak pierwsza wizyta? Lepiej się czujesz? -zaczęła zarzucać mnie pytaniami.
-Opowiem Ci wszystkow drodze, możemy się przejść, prawda? -moja propozycja wydawała się rozsądna. Wyszliśmy przez drzwi, pokazałem ręką, w którą stronę powinniśmy iść.
-Gdy Cię ostatnio widziałam byłeś dosyć... radosny. Lou mówił, że nie zawsze. Podobno zniknałeś gdzieś na jakiś czas, gdzie wtedy byłeś? Martwimy się o Ciebie...
-Dan, nie chcę o tym mówić. Na razie. Nie powinienem kłamac, więc przemilczę prawde. Tak będzie lepiej, na jakiś czas. -próbowałem ją odsunać od tematu. Nie wiem, dlaczego nie chciałem opowiedzieć o Zaynie. Tak po prostu nie miałem ochoty tego tłumaczyć. Dalszą część trasy przemierzyliśmy w ciszy. Takiej jaka dawniej była pomiędzy mną i moją rodziną. Wszystko mi się z nimi kojarzy... Tęsknię corez bardziej, Gem byłaby już w czwartym miesiącu ciąży... Byłaby... Mój nowy lekarz twierdzi, że wypadki się zdarzają i nie koniecznie z winy ludzi. Chciałbym w to wierzyć. Może uda mu się mnie do tego przekonać. To poczucie winy jest jak wielka drewniana belka noszona na plecach. Nie potrafię się jej pozbyć i nie wiem, czy kiedykolwiek dam radę. Wreszcie zauważyłem dom. Zacząłem szukać kluczy po kieszeniach, ale moja znajoma najwyraźniej miała swoją kopię. Przekręciła zamek i otworzyła drzwi. Zaproponowała bym wszedł pierwszy. Tak też zrobiłem, gdy tylko przekroczyliśmy próg domu wyjście ponownie zostało zamknięte. Czyżby to miało być moje więzienie? Przecież nie o to w tym wszystkim chodzi, żeby izolować mnie od świata...
-Chcesz się odegrać w szachy?- mulatka rzuiła sugestię. Zgodziłem się kiwając głową i rozpocząłem poszukiwania drewnianego pudełka. Po przejściu połowy domu odnalazłem mój cel. Wróciłem do salonu i usiadłem po turecku bokiem na kanapie obok dziewczyny. Grę położyłem między nami. Rozpoczęliśmy rozkładac pionki. Nawet się nie obejrzałem, a już rozpoczęliśmy grę. POnownie nie szło mi najlepiej. W połowie rozgrywki skupiłem się i rozegrałem zwycięską partię.
-Szach i mat. -rzuciłem radosnie kończąc nasze zajęcie. W tym momencie usłyszałem dzwonek telefonu. Mój był wyciszony, więc to do Daielle. Może to mój Lou? Może wkrótce wróci i będę mógł go przytulić. Pielęgniarka odebrała udając się w stronę kuchni, zaczęła szlochać. Wbiegła do salonu i zabrała torebkę.
-Harry, ja... ja muszę jechać... Mój brat jest w szpitalu, ma padaczkę i miał atak. Louis niedługo wróci, zadzwonisz do niego i powiesz mu że wyszłam? -gubiła się w słowach z pośpiechu, a może strachu.
-Jasne, oczywiście, mam iść z tobą? -zaproponowałem by ją pocieszyć i pokazać, że jestem z nią.
-Nie trzeba, masz sporo własnych problemów. Dziękuję Ci. -pocałowała mnie w policzek i już jej nie było. Dlaczego takim dobrym ludzim jak ona muszą się przytrafiać takie złe rzeczy? Ten świat jest niesprawiedliwy. Moja mama, siostra i jej dziecko odeszły z tego świata nieświadome, jak bardzo będzie mi ich brakować... Nawet nie zdążyłem się pożegnać. Umarły tak szybko, na dodatek myśląc, że jestem ćpunem. Z moich już dosyć popuchniętych oczu zaczęły ociekać łzy. Udałem się w stronę mojego pokoju, poczekam na Tommo. Może wrócić później bo miał wybrać się z Nickiem do baru. Nie zrobię nic głupiego. Po prostu zaczekam. Położyłem się na łóżku i wtuliłem się w niewielką poduszkę. Po jakimś czasie usłyszałem stukanie w okno. Jakby ktoś w nie czymś rzucał. Odsłoniłem firankę i zobaczyłem Zayna stojącego pod oknem z kilkoma małymi kamykami w ręku. Szybko otworzyłem szklaną przegrodę dzielącą mnie od reszty świata.
-Co ty tu robisz? Czemu nie wejdziesz drwiami? -zapytałem tak aby usłyszał.
-Martwiłem się o Ciebie. Nie byłeś w szkole, a doktor Tomlinson mnie wczoraj nie wpuścił i stwierdziłem, że dzisiaj zrobi to samo. -świetnie, kolejna osoba się o mnie martwi, pomyślałem.
-Nie trzeba było, byłem u... lekarza. Nie ma Louisa i prędko nie wróci. -odpowiedziałem nie kłamiąc.
-To może wyjdziemy gdzieś? Na kręgle? -chciałbym gdzieś iść, ale Tommo będzie się o mnie martwić. Wiem! Zostawię mu kartkę... W moim pokoju.
-Poczekaj, już idę. -rzuciłęm krótko po czym zamknąłem okno i udałem się w stronę biurka. Na karteczce napisałem kilka zdań i położyłem ją na łóżku. Zabrałem klucze i telefon po czym zbiegłem schodami na dół. Narzuciłem na siebię marynarkę i założyłem białe conversy. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem, że mój kolega tam na mnie czeka. Posłałem mu uśmiech i zamknąłem dom.
-To idziemy?
-Mam nadzieję, że wrócę przed Louisem. Będzie zły, gdy zastanie pusty dom...
-Nie martw się, zdążymy! -objął mnie po przyjacielsku i w ten sposób zaszliśmy do ulubionego miejsca Malika. Przynajmniej tak mi w tej chwili powiedział.

***LOUIS***

Po pracy poszedłem z Nickiem na piwo. Na studiach sporo razem imprezowaliśmy, spędziliśmy nawet razem jedną noc. Stwierdziliśmy jednak, że chcemy być przyjaciółmi, a nie czymś więcej. Tak też zostało, opowiedział mi o jego nowej pracy, ponoć nieźle mu idzie. Ja również miałem się czym chwalić. W tym momencie jednak tęsknię za moim Hazzą, Danielle jest z nim, więc pewnie dobrze się bawia. Zaprzyjaźniłem się z nią o wiele bardziej. Wie o tym co najważniejsze, o tym pocałunku przez który z mojej pamięci nie może zniknąć smak jego malinowych warg. Mieliśmy o tym porozmawiać, ale teraz to chyba już nie bardzo ma sens. Minęło sporo czasu i pojawiły się ważniejsze sprawy. Gdy podjechałem taksówką pod dom, zauważyłem, że nigdzie nie świeci się światło. Czyżby już poszli spać? Zapłaciłem kierowcy i wysiadłem z pojazdu. Nie wróciłem samochodem bo wolałem nie ryzykowac jazdy po promilach. Nie jestem pijany, to tylko kilka piw, ale mimo wszystko. Harry już stracił w wypadku kilka osób, przez to staram się uważnie jeździć, nie wiem czy po kolejnej stracie by to przeżył. Może nawet by się o mnie nie zmartwił, ani za mną nie tęsknił. To nie ważne, ja go kocham i chcę jak najwięcej czasu spędzić z nim. Chcę, żeby był już zdrowy i szczęśliwy. Nie koniecznie w ten sposób, który by mnie uszcześliwił. Wystarczają mi jego szczere uśmiechy, które widuje tak rzadko... To musi się zmienić. Przekręciłem delikatnie klucz w zamku myśląc, że domownicy śpią. Nie zaświeciłem światła, jedynie włączyłęm wyświetlacz telefonu i ułyłem go jako latarki. Zachowywałem się po cichu. Spojrzałem na kanapę, nikogo tam nie było. Może są w pokou Loczka... Poszedłem schodami na górę wprost do jego pokoju, zauważyłem, że tutaj również jest pusto. Zaświeciłem w końcu światło. Na łóżku leżała kartka z krótkim listem:
Lou, wyszedłem, nie wiem kiedy wrócę. Nie martw się, nie zrobię nic głupiego. -podpisano: Harry
Co to ma znaczyć? Jak to wyszedł? Gdzie i z kim? Po co? W mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań. Zadzwoniłem do Harrego, nikt nie odbierał. Znowu moje myśli zajęły się pytaniami bez odpowiedzi.A Danielle? Zadzwonię do niej! Po wybraniu numeru dziewczyny, zacząłem ją wypytywać dlaczego jej tutaj nie ma. Opowiedziała mi, że musiała pojechać do szpitala. Nie ma pojęcia gdzie podział się mój Hazza. Dlaczego on to robi? Napisał, abym się nie martwił, ale to tylko wywołało u mnie panikę. Skoro twierdzi, że wróci to poczekam. Spokojnie usiąde na kanapie i będę czekać na jego powrót. Zrobiłem tak jak postanowiłem. Czas mijał, wciąż go nie było. Moje oczy się zamykały, ale nie powinienem zasypiać. W końcu otworzyły się drzwi. Mam deja vu. Sytuacja się powtarza.
-Lou, przepraszam, nie myślałem, że wrócisz tak wcześnie... -próbował się tłumaczyć.
-Dobrze, ale nie rób tak więcej. Chociaż odbieraj telefon, martwiłem się...
-Wyłączyłęm dzwonek i nie usłyszałem telefonu.
-Gdzie byłeś, powiedz mi, nie ukrywaj niczego przede mną. -nie chciałem by miał sekrety. Jego stan psychiczny jest dosyć ciężki, nie może zamykać się w sobie.
-Nie powinienem kłamać, więc nie chcę zmyślać Ci historyjki o bibliotece... Nie pytaj, prosze... - po tych słowach mnie przytulił. To było dziwne, jednak bardzo się ucieszyłem z tego wydawać by się mogło drobnego gestu, który dla mnie znaczy tak wiele. Poczułem jego ciało przy moim, tak nie wiele mi potrzeba do szczęścia. Wpadłem po uszy w miłość bez przyszłości, ale nie chcę zabijać tego uczucia. Nie potrafię, w głębi serca mam nadzieję, że on czuje to samo. To takie nie możliwe marzenia...
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam Was bardzo, że tak późno dodaję kolejną cześć. Mam nadzieję, że mi wybaczycie również notkę informacyjną. Poniosły mnie emocje, musiałam swoje wypłakać i dojść do rozsądnych wniosków. Wydaje mi się, że osiągnęłam ten prosty cel. Jeśli zauważyliście jakieś błędy (powtórzenia, braki znaków interpunkcyjnych, ortografia lub cokolwiek innego)  to po raz kolejny przepraszam. Pisałam to szybko nie będąc u siebie w domu i musiałam równie szybko zapisywać. Rozdział nie został napisany w całości w jeden dzień, na dodatek przez dzisiejsze zamieszanie nie mam siły, ani ochoty wprowadzać poprawek. Kolejna część ukaże się, gdy tylko ją napiszę. Nie obiecuję, że szybko ponieważ teraz muszę się przyłożyć do nauki. Sami wiecie jak to jest za szkołą. Nowy rozdział= 10 komentarzy pod tym postem.

Informacja

Wiem, że czekacie na rozdział i one shota... Już napisałam, ale nie dodam go dzisiaj, ani w najbliższym czasie... Mam w głowie mętlik przez to co napisał Lou... Mój świat się zawalił, runął jak Mur Berliński i prędko się nie odbuduje...Usunęłam TT i nie mam ochoty reaktywować konta przez jakiś czas... Rozdział dodam gdy wszystko sobie poukładam, sprawy z Louisem i Harrym, bo Larrym ich nie powinnam już nazywać. Przepraszam, jeśli kogoś zawiodłam... Na prawdę mi przykro, nie zawieszam tego bloga. Wszystko się pojawi wkrótce... Najpóźniej za tydzień. Obiecuję.

05 września, 2012

Rozdział 17

***LOUIS***

Boję się, nie wiem gdzie jest Harry. Nie wrócił na noc, nie wrócił rano. A jeśli dzisiaj też nie wróci? Gdzie on w ogóle jest? Chodzi do szkoły, ale nie nocuje tutaj. Nie było go w dawnym domu. Jeśli uciekł, lub... coś mu się stało? Albo boi się tutaj wrócić? Źle się z tym czuję, siedzę teraz na kanapie wtulony w poduszkę i zamartwiam się. Nie mogłem skupić się w szpitalu, na szczęście nikogo nie zabiłem. Tęsknię za nim, chcę by on za mną też. Pewnie to jest niemożliwe. Chciałbym żeby mnie chociaż lubił, albo tolerował, ale po tych ostrych słowach, kłótni i... pocałunki pewnie ma mnie za wolę nie wiedzieć kogo. Nagle coś mnie wystraszyło. Był to dźwięk otwieranych drzwi. Szybko spojrzałem w tamta stronę. On wrócił! Mojemu Hazzie nic nie jest! Na początku byłem jedynie szczęśliwy, lecz po chwili to uczucie zmieniło się w złość i dociekliwość.
-Cześć Louis.- przywitał się oschle.
-Hej, martwiłem się, gdzie byłeś? Jak mogłeś tak po prostu zniknąć i nie odbierać telefonu?! Zgłosiłem na policji twoje zaginięcie. -próbowałem uświadomić mu co robi. Byłem dość zdenerwowany. Który opiekun by nie był? On jest dla mnie zresztą czymś więcej niż podopiecznym. Jest miłością mojego życia.
-Przepraszam, musiałem sobie przemyśleć kilka rzeczy... Nie potrzebnie się martwiłeś. Nie próbowałem się zabić. Jak widzisz nic mi nie jest, jestem cały i zdrowy. -powiedział po czym udał się w stronę swojego pokoju.
-Powiedz mi gdzie byłeś. Powinienem wiedzieć. -mówiłem już spokojniej.
-Czy to na prawdę ważne? Powiedzmy, że w bezpiecznym miejscu... Idę odrobić lekcję. Porozmawiamy później? -był tajemniczy, wiedziałem o jaką rozmowę mu chodzi. Zaczął wbiegać po schodach.
-Oczywiście, że tak... -mówiąc to już prawie go nie widziałem. Potrzebowałem sam się zastanowić, co mu powiem. Nie chodzi mim tylko o pocałunek. O samookaleczenia także. Jeszcze nie teraz. Dam mu czas, zresztą powiedział 'później'. Nie wiem ile czasu zajmie mu odrabianie lekcji. Pewnie nie tylko o tym mówił. Może potrzebuje się odświeżyć. Ciekawe co miał na myśli mówiąc 'bezpieczne miejsce'? Może w trakcie tej rozmowy uda mi się od niego wyciągnąć informację, ale nie tylko tą. Powinienem wiedzieć gdzie spędzał czas. Siedziałem na swoim poprzednim miejscu na kanapie. Pomyślałem jak wyglądał. Coś mi nie pasowało. Wyglądał inaczej niż zwykle... Ubrania... On nie ubiera się tak zbyt często... Czyżby nocował u kogoś? Może u jakiegoś kolegi? Zaraz, czy on w ogóle ma kolegów? Rozmyślając zauważyłem, jak Loczek próbował przejść za kanapą, tak bym go nie zauważył. Szedł w stronę drzwi. Chciał się wymknąć? Zorientował się, że na niego patrzę.
-Wychodzę, nie wiem kiedy wrócę... -chciał wytłumaczyć się z chęci czegoś w rodzaju ucieczki?
-Mieliśmy porozmawiać. To ważne Harry, nie możemy tego odkładać. -rzuciłem spokojnym tonem.
-No dobrze... Ale na pewno nie możemy jak wrócę? -chciał uniknąć tej rozmowy. Ja też wolałbym, mieć ją już za sobą.
-Nie, nie możemy. Siadaj proszę. -uklepałem miejsce na kanapie obok siebie. Lekko się zawahał, po czym zajął miejsce. Spędziliśmy kilka minut w krępującej ciszy.
-Co się dzieje? Wyjaśnij mi proszę. Pogubiłem się w twoim zachowaniu. -odezwałem się pierwszy. W końcu byłem starszy i to do mnie należy inicjatywa.
-Co mam Ci wyjaśnić? Nie o moim zachowaniu chciałem rozmawiać, tylko o....
-Wiem, ale to jest bardzo ważne... Obiecaj mi, że skończysz z okaleczaniem się na różne sposoby. -przerwałem mu, próbując wymusić obietnice.
-Obiecuję Lou. -uśmiechnął się lekko. Lubię gdy tak do mnie mówi. Może nie jest między nami tak źle? Tomlinson, otrząśnij się.
-Wytłumacz dlaczego to wszystko robiłeś...
-Nie sądzę, żeby Cię to interesowało... -mnie ma nie interesować cokolwiek dotyczące jego?
-Oczywiście, że się o Ciebie martwię! Hazzuś, wyjaśnij mi, proszę. -na jego policzku zauważyłem pojedynczą łzę.
-No więc... wtedy na cmentarzu podzieliłem się z tobą tym co czuję. Wtedy wydawałeś się dziwny... Nie wiem czy też widzisz we mnie mordercę, czy co innego o mnie myślisz. Nie potrafię znieść kiedy... kiedy traktujesz mnie obojętnie. Pewnie teraz myślisz, że te blizny wypalałem, żeby zwrócić na siebie uwagę? Nie chciałem, żebyś wiedział... Robiłem to bo... bo czułem wtedy ogromy ból, to wydawał się dobry sposób na karanie się za to co zrobiłem. Za to, że zabiłem...
-Przestań! To nie prawda, nikogo nie zabiłeś! -szybko go objąłem, płakał coraz bardziej. Wciąż cierpiał, tylko dusił to w sobie...
-To dlaczego tak się czuje? -zapytał wtulony we mnie. Widok jego w takim stanie doprowadzał mnie do rozpaczy... Mimo to, czułem w pewnym sensie radość i spełnienie, że to ja mogę go pocieszyć. Że to ja go obejmuję w trudnej chwili... Powiedziałem, że wszystko będzie dobrze i damy sobie radę. Nie chciałem w takiej sytuacji nawiązywać do pocałunku. To nieodpowiedni moment. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Zrobiłem się zły, że właśnie w takiej chwili ktoś musi nas nachodzić. Miałem nadzieję, że to Dan.Wypuściłem chłopaka z objęć i powiedziałem mu, że otworzę. Powędrowałem w stronę wejścia. Gdy nacisnąłem na klamkę, zaskoczył mnie widok gościa. To Zayn Malik. Co on tu robił?
-Czego tu szukasz? -zapytałem wściekły.
-Ja do...
-Wynoś się stąd! -krzyknąłem przerywając mu i trzasnąłem drzwiami tuż przed jego nosem. Nie miałem pojęcia co on tu robił. Może od teraz postanowił sobie Nas gnębić? To było teraz nie ważne, wróciłem aby przytulić ponownie mojego Hazzę. Wyszeptałem mu, że wszystko będzie dobrze. Bo będzie, jutro przed południem zapisałem Nas, a właściwie jego na wizytę u psychologa. To mój znajomy ze studiów, Nick Grimshaw. Podobno jest niezłe w swoim zawodzie. Oby udało mu się przywrócić Loczka do normalności...



***ZAYN***

No świetnie, Po raz kolejny doktor Tomlinson zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Może powinienem wrócić? Dobrze, że tym razem mnie nie za atakował... Harry jest w domu? Porozmawiali i wyjaśnili sobie wszystko? Lekarz był dosyć wściekły... ale to może na mój widok. Mam nadzieję, że tak. Donosząc na Loczka zachowałem się jak kapuś. Co prawda, zrobiłem to dla jego dobra. To okaleczanie musi się skończyć. Zostanę jego przyjacielem i będzie mi lżej kochać go, będąc bliżej niego. Czy jeszcze nic mu nie powiedział? to znaczy... czy nie powiedział mu, że mi wybaczy? Chociaż, po co miałby to mówić, ma ważniejsze sprawy na głowie. Nie liczę na nic więcej z jego strony niż koleżeństwo. Bo nicy na co? Na to, że zakocha się we mnie widząc jaki jestem naprawdę, w głębi serca? Że będziemy szczęśliwą parą trzymającą się za ręce i spacerującą po parku w deszczu? Ja nawet nie wiem, czy on jest gejem... Rozmyślają doszedłem do domu. Pogoda na szczęście była znośna. O dziwo nie padało, chociaż był listopad. Gdy tylko przekroczyłem próg domu, mama zapytała co się stało i czemu tak szybko wróciłem. Odpowiedziałem, że nie mam ochoty teraz rozmawiać. Powiedziałem to delikatnie, żeby jej nie urazić. Była naprawdę dobrą kobietą. Pora była dosyć wczesna. Zająłem się pracą domową i postanowiłem rano wypytać Harrego czy załatwił swoje sprawy. Mam nadzieję, że mi powie. Wiem, że jeszcze nie ufa mi do końca, ale to się zmieni. Po odrobieniu nudnego zadania z matematyki, zszedłem na dół po coś do jedzenia. Wziąłem pierwsze lepsze produkty z lodówki i zacząłem robić kilka kanapek. Gdy już skończyłem jeść, wróciłem do swojego pokoju. Patrząc na łóżko przypomina mi się Loczek. To dziwne, bo nie widziałem go ledwo kilka godzin, a już tęsknie. Czyżbym się uzależnił od jego obecności? Do wieczora nic nie robiłem, może po za leniwym przełączaniem kanałów w TV, po czym przed snem poszedłem do łazienki wykonać codzienne czynności. Włosy bez odżywki przecież nie wyglądają tak jak powinny. Cały byłem poobijany i bolało mnie wiele miejsc. Gdy skończyłem, położyłem się na łóżku z chęcią zaśnięcia, ale nie mogłem. Cały czas widziałem JEGO twarz gdy się uśmiechał, martwił, smucił. We wszystkich sytuacjach. Mój mózg zapamiętał szczegóły dotyczące jego wyglądu, charakteru i sposobu bycia. Leżąc na moim miejscu spoczynku i wiercąc się przez dobre kilka godzin w końcu udało mi się usnąć. Obudził mnie dzwonek budzika. Wstając cieszyłem się jak małe dziecko, które dostanie dzisiaj najlepszą zabawkę na świecie. Spotkam Harrego, znowu. Poszedłem do toalety, wziąłem szybki prysznic i ułożyłem włosy. Ubrałem się biegłem w stronę drzwi. Nie miałem ochoty tracić czasu na śniadanie. Pożegnałem się z domownikami. Gdy minąłem kilka ulic spojrzałem na godzinę, było dosyć wcześnie. Za bardzo się pospieszyłem. Pomyślałem chwilę, po czym stwierdziłem, że w domu zostały ubrania mojego nowego przyjaciela. Musze mu je oddać, to będzie kolejny pretekst by się zobaczyć. Po wędrówce ujrzałem budynek szkoły. Stwierdziłem, że mało osób przychodzi wcześnie, ale Niall zwykle jest pierwszy. Może dlatego, że po drodze lubi iść do Nandos, zamówić tonę jedzenia i spałaszować ją w kilka minut. Wziąłem książki z szafki i zacząłem szukać przyjaciela. Nie zdziwiło mnie co robił. Siedział na ziemi pod klasą i zajadał czekoladowy batonik. Cały się ubrudził, to uroczy widok. Podszedłem do niego i się przywitałem.
-Siema Niall. Dawno się nie widzieliśmy...
-Witaj Zayn, tak masz rację, od wczoraj, kiedy to odprowadziłem cię do domu po bójce...
-Ach tak, zapomniałem o tym...
-Co się ostatnio z tobą dzieje? Jesteś dziwny, jeszcze kilka dni temu chciałeś pobić Harrego Stylesa, a wczoraj go broniłeś przed kumplami. Wytłumacz mi to, ja nic już nie rozumiem.
-Widzisz... Staram się zmienić i być lepszym człowiekiem, takim jak dawniej. Zanim przyszliśmy do tego cholernego liceum. -gdy to powiedziałem, zrobił zdziwioną i zarazem wesołą minę. Spędziliśmy jakiś czas razem rozmawiając o głupotach i śmiejąc się z jeszcze głupszych rzeczy. Stwierdziłem, że mój ukochany powinien być już w tym budynku, więc zacząłem go szukać. Przeszedłem cały korytarz kilka razy, nie było go. Zadzwonił dzwonek. Martwię się, co się stało? Czemu nie ma go w szkole? Przez całą geografię nie mogłem się skupić. Gdy wykładowca zapytał mnie gdzie jest Kenia, pokazałem jakiś punkt w Ameryce Północnej. Wiedziałem, że to nie tam, ale chciałem trochę zażartować, cała klasa zaczęła się śmiać. Nie dostałem za to oceny, ale nauczyciel kazał mi słuchać co mówi. Starałem się. Postanowiłem, że na następnej przerwie poszukam Harrego jeszcze raz, a jeśli okaże się, że nie będzie go w szkole to po południu go odwiedzę. Będę musiał zarwać trening, kolejny. Mijały lekcje, jego wciąż nie było. Po ostatnim dzwonku pobiegłem w stronę boiska. Byli już wszyscy członkowie drużyny, cheerleaderki i trener. Widziałem jak moja dziewczyna ślini się do mnie. Zrobiło mi się nie dobrze. Nauczyciel mnie zauważył i kazał mi się szybko przebrać.
-Przykro mi, ale dzisiaj nie mogę być na treningu... -powiedziałem krótko i chciałem już odejść.
-Zawalasz kolejny raz. Wiesz co to znaczy? Jeśli następnym razem zrobisz to samo, będę musiał wyrzucić cię z naszej drużyny. -mówiąc to pewnie miał nadzieję, że zmienię zdanie. Tak naprawdę byłem kapitanem dla popularności, nie sprawiało mi to przyjemności.
-Nie będzie musiał pan, sam odejdę. Nawet dzisiaj. -rzuciłem szybko, po czym zacząłem oddalać się z tego miejsca. Usłyszałem, że ktoś za mną biegnie. Po tupaniu szpilek dotarło do mnie, że to dziewczyna. Obróciłem się do niej.
-Czego chcesz Michelle? -zapytałem wściekle.
-Kotku, nawet się nie przywitałeś. -po czym zaczęła się do mnie przybliżać swoją wytapetowaną twarzą. Chciała bym ją pocałował. Odsunąłem się od niej.
-Pytałem czego chcesz?
-Nie bądź taki oschły misiu, przecież nic się nie stało. -wciąż się uśmiechała.
-Masz do mnie jakąś sprawę? -mówiąc to spoważniała, a z jej twarzy zniknął uśmiech. Ten związek to dla niej taki... biznes.
-Ok, więc przejdźmy do rzeczy. Nie możesz odejść z drużyny...
-Nie mogę bo co?
-Bo wtedy z nami koniec. Ostrzegam cię!
-Świetnie, załatwiłem dwie sprawy za jednym razem. -ucieszyło mnie to co powiedziała. I utwierdziło w przekonaniu, że jest kolejną pustą lalą jaką znam. Słyszałem jeszcze jak woła bym poczekał i szedł wolniej bo zniszczy buty. Nie miałem zamiaru wykonać jej polecenia. Wędrowałem w kierunku domu Harrego. Bardzo cieszyłem się, że go zobaczę i być może poznam powód jego nieobecności.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że rozdział tak późno. Wreszcie udało mi się coś napisać. Trochę kiepsko mi wyszło, wiem. Pomysł przyszedł na nudnych lekcjach, a na języku polskim dostałam chęci do pisania. Mam do Was pytanie. Czy chcecie One Shota +18 o Zarrym? Mam na niego pomysł już od jakiegoś czasu, tylko nie pasował mi do historii. Następna część zostanie opublikowana po 10+ komentarzach pod tym rozdziałem. Nie obiecuję, że zbyt szybko. Możliwe, że w weekend lub dni w których mam mało lekcji.