22 sierpnia, 2012

Rozdział 3

***LOUIS***

Po dzisiejszym dniu wróciłem do domu samochodem. Pogubiłem się w swoich uczuciach. Zastanawiam się co czuję do Harrego. Znam go zaledwie 2 dni, jeśli mieć kogoś na stole operacyjnym jest synonimem do poznać. Bardzo smutno mi z powodu, że kazał mi się wynosić z sali. Wtedy poczułem smutek, troskę, martwiłem się, że coś mu się stanie. Przy nim czułem się jak przy nikim innym, moje zdolności empatii wzięły górę nad rozsądkiem. Po tym jak podałem pacjentowi morfinę, wybiegłem stamtąd z płaczem. Musiało to przezabawnie wyglądać. Jeszcze niedawno liczyłem, że mi podziękuje. Potraktował mnie co najmniej jakbym zabił jego matkę i siostrę. Może to tylko krótka reakcja, chwilowy szok. Jutro mu przejdzie i znów się uśmiechnie i będę mógł ponownie ujrzeć jego słodkie dołeczki. Chcę, żeby był szczęśliwy, uśmiechał się, żartował, był przy mnie. Ja chce być przy nim, w tej trudnej chwili. Gdyby tylko mnie nie nienawidził. Chciałbym go przytulić, powiedzieć mu że go wspieram i nie jest sam, że ma mnie.


***DANIELLE***

Wracając rankiem do domu myślałam o Louisie, to dobry człowiek i współczuje mu tego jak zareagował jego pacjent. Lecz zarazem rozumiem go. Stracił matkę i siostrę. Wydaje się, że nie ma nikogo oprócz nich. Chłopak jest młody, ma 16 lat. Pewnie trafi do domu dziecka. Rozmawiałam z nim sporo. Wydawał się miły, opowiedział mi, o tym jak ojciec ich zostawił i co przytrafiło mu się przed wypadkiem. Miałam dwudziestoczterogodzinny dyżur.Gdy się obudził zmienił się, przypomniał sobie wszystko co powiedział mu Louis, co zrobił. Podałam mu kolację, ale strącił talerz. Cały czas łzy kapały mu z oczu. Nie powiedział ani słowa, nawet gdy chciałam się z nim pożegnać. Chciałabym mu pomóc, ale nie potrafię. Jestem tylko pielęgniarką. To smutne, teraz nie zobaczę go przez dwa dni bo mam wolne. Mam nadzieję, że ktoś się nim dobrze zajmie.


***HARRY***

 Czuję się winny. Winny, bo nie zdołałem ich uratować. Mamy, Gem i jej dziecka. Winny bo kłóciłem się z Anne. winny bo gdyby nie ja, nie byłoby wypadku. Winny bo wczoraj nawrzeszczałem na tego lekarza. Winny bo kiedy Danielle zjawiła się z kolacją, po prostu strąciłem talerz ze stolika. Winny za wszystko. Czy naprawdę musiałem być takim... idiotą, żeby dać się sponiewierać? Żeby dać się wrobić? No tak... W końcu jestem nic nie wart.


***LOUIS***

Nie miałem ochoty iść do szpitala, lecz musiałem. Wykonałem codzienne poranne czynności. Wsiadłem do auta i pojechałem do pracy. Wszedłem do sali Harrego razem z pielęgniarką i Dr. Oetkerem. Margareth przyniosła mu śniadanie. Przejrzałem jego kartę, jego stan się poprawia. Już miałem wychodzić gdy zauważyłem blizny pacjenta na rękach. Niektóre były świeże. Chciałem krzyknąć co on wyprawia i czy mu życie miłe lecz przypomniało mi się że obok mnie stoi inny lekarz i pielęgniarka. Lekarz robiacy ze mną obchód powiedział do Margareth, żeby wyszli na słówko. Wtedy zostałem z nim sam na sam.
 Powiedziałem dosyć spokojnie tłumiąc złość:
-Co mają znaczyć te blizny na rękach?
-Przepraszam. -powiedział krótko.
-To nie moje, ciało, nie musisz mnie przepraszać za to co robisz. Lepiej zastanów się nad tym i...
-Nie za to przepraszam, chodzi mi o to jak na pana wczoraj naskoczyłem. Przepraszam, byłem zrozpaczony. Zresztą nadal jestem. Nie chcę, zęby pan myślał, ze jestem taki. I dziękuję, Danielle mówiła mi, że uratował pan mi życie, co prawda udawałem, że jej nie słucham, ale dziękuje panu.- zaczął płakać, zrobiło mi się smutno. To takie wzruszające. Delikatnie go przytuliłem, czułem jak cały mój fartuch zaczyna nasiąkać jego łzami.
 -Nie musiałeś przepraszać, już Ci wybaczyłem. -szepnąłem mu do ucha po czym objął mnie mocnej.
Naprawdę było mi go szkoda. Był taki młody, nieszczęśliwy i na dodatek stracił wszystko. Dziwi mnie tylko jedno, dlaczego jego ojciec nadal się nie zjawił. Nikt nie dzwonił i nie pytał. Może od Danielle się czegoś dowiem. Na szczęście dała mi swój numer.

21 sierpnia, 2012

Rozdział 2

***LOUIS***

Gdy Harry, bo tak pozwoliłem go sobie nazywać został przetransportowany na miejsce, w którym będzie pod stałą obserwacją - na Odział Intensywnej Terapii, ja udałem się pieszo do domu. Musiałem przemyśleć dzisiejsze wydarzenia. Byłem spokojny wiedząc, że mój pacjent przeżyje. Myślałem trochę o tym jak będzie wyglądać jego życie. Może wkrótce przyjedzie do niego ojciec i będą rozpaczać z powodu śmierci reszty rodziny. Pewnie nawet nie podziękuje, a co jeśli tak? Na samą myśl, że ktoś zawdzięcza mi życie czuje takie przyjemne ciepło w sercu, a co dopiero że ma mi podziękować. Lepiej nie liczyć na aplaus i potem się nie rozczarować. Nawet nie widziałem jego twarzy. Wiem o jego wyglądzie tylko tyle, że jest szczupły. I jak wygląda jego wątroba, zaśmiałem się głośno, a ludzie których mijałem spojrzeli na mnie jak na psychopatę. Wcale nie czułem się dziwnie, gdy ludzie na mnie patrzyli. Może dlatego, że jestem biseksualny? Gdy szedłem za rękę z mężczyzną ludzie zwykle patrzyli na nas z obrzydzeniem. Przyzwyczaiłem się do tego jaki jestem. Na studiach prowadziłem dosyć rozwiązłe życie. Codziennie imprezy, kobiety lub mężczyźni na jedną noc. Mimo to wciąż się uczyłem. Mam w głowie całą encyklopedię medyczną. Nigdy nie byłem na prawdę zakochany. Preferuję przelotne znajomości. Nawet nie pamiętam z iloma ludźmi spędziłem noc. Po półgodzinnej wędrówce dotarłem do mojego mieszkania. Było duże i wszechstronne. Bogato urządzone. Mój tata powiedział, że mi je kupi gdy pójdę na studia medyczne. Dotrzymał obietnicy. Czasem dziwnie się czuje sam w takim ogromnym domu. Nie spotkałem jeszcze nikogo wartego dzielenia z nim życia. Mam nadzieję, że prędzej czy później znajdę kogoś takiego i nie zostanę wiecznym kawalerem. Byłem juz zmęczony. Gdy otworzyłem drzwi do sypialni zrzuciłem z siebie wszystkie ubrania i położyłem się spać tak jak zwykle, w bokserkach. Przed zaśnięciem wyobrażałem sobie jak to będzie rozmawiać z moim pierwszym pacjentem po czym zasnąłem.
Obudziłem się o 7.00 rano. Mój dyżur zaczynał się o 8.00., a o 9.00 był obchód. Zacząłem się spieszyć, gdy przypomniałem sobie, że mój samochód został na szpitalnym parkingu i muszę iść pieszo. Wziąłem szybki prysznic, ogoliłem się i ułożyłem włosy. Założyłem na siebie biały t-shirt w paski i czerwone rurki. Zrobiłem sobie kubek kawy, spojrzałem na zegarek i zrozumiałem, że nie zdążę jej wypić. Ubrałem czarny płaszcz i biały bawełniany szal, jeszcze białe conversy i zastanowiłem się jak ludzie mogą chodzić w skarpetkach. Dziś znów było zimno. Na szczęście nie padało. Po drodze kupiłem sobie kubek kawy i muffinkę czekoladową. Gdy tylko wszedłem do szpitala przywitała mnie miła pielęgniarka na recepcji. Zapytałem co z moim pacjentem. Okazało się, że bez zmian. Jeszcze się nie obudził. Powędrowałem w stronę gabinetu i przebrałem się w lekarski strój. Musiałem wypełnić kilka papierków co do wczorajszej operacji. Czym prędzej się tym zająłem. Po 45 minutach skończyłem. Najwyższa pora iść na obchód wraz z innymi lekarzami. W trakcie obchodu odwiedzaliśmy wielu pacjentów. Każdemu dolegało coś innego. U większości nastąpiła poprawa. Jedynie mój Harry wciąż leżał, miał nogę w gipsie i opatrunek na głowie i brzuchu, najwidoczniej nie miał ochoty się budzić. Jak na razie to dobrze, bo to ja musiałbym mu przekazać te ponure wieści. Niestety środki nasenne przestaną działać prawdopodobnie dzisiaj. Nikt go nie odwiedził, czyli albo nikt nie wie o wypadku, albo nie ma nikogo innego niż dwie szufladki w kostnicy. Gdy szedłem do swojego gabinetu zostałem wywołany na sale operacyjną. Nowy przypadek dla mnie. Tomlinson, postaraj się.

***HARRY***

Obudziłem się z okropnym bólem brzucha i głowy. Byłem podłączony do wielu różnych urządzeń. Sam w pustej sali. Nie pamiętam co się stało. Gdy pielęgniarka zauważyła, że otworzyłem oczy podeszła do mnie z dyżurki i się przywitała.
-Dzień dobry panie Styles. -uśmiechnęła się radośnie.
-Proszę mówić mi Harry. -odpowiedziałem uśmiechając się i podając jej rękę.
-Jestem Danielle, miło mi. -cały czas uśmiechała się do mnie. Widać, że cieszy ją ta praca.
-Boli mnie, mógłbym coś dostać?
-A co cię boli? -zapytała jakby nie wiedziała.
-Brzuch i głowa.
-Już podaję Morfinę. - Po czym podeszła do pulpitu stojącego obok łóżka i podała większą dawkę.
-Pamięta pan..., pamiętasz co się stało? - zapytała grzecznie.
-Nie, pamiętam... że jechaliśmy ja z mamą i siostrą samochodem... kłóciliśmy się... -mówiłem smutno
-Coś jeszcze?
-Nie..., chyba nie. Mieliśmy wypadek? Gdzie jest moja mama i siostra, co z nimi?  -zacząłem kojarzyć fakty, że skoro jestem w szpitalu, a ostatnie co pamiętam to podróż to prawdopodobnie mieliśmy wypadek.
-Przykro mi, ktoś inny miał Ci przekazać te informację. Nic nie mogę Ci powiedzieć. -mówiła spokojnie, lecz jej głos posmutniał.
-To w takim razie przyprowadź tego kogoś. -rzuciłem szybko prawie mając łzy o oczach.
-Niestety Lou... Doktor Tomlinson jest teraz na sali operacyjnej. Ale gdy tylko z niej wyjdzie to poproszę go do Ciebie. Odpowiada Ci to?
-Dobrze, mogę poczekać. A powiesz mi co ze mną? -spytałem sarkastycznie.
-Masz wstrząśnienie mózgu, złamaną nogę i pękła Ci wątroba. Miałeś również przeszczep nerki.
-Przeszczep nerki? Od kogo? Tak szybko znaleźliście dawcę?
-Niestety nie mogę Ci nic więcej powiedzieć.

***LOUIS***

Wychodziłem z sali operacyjnej dumny po zakończonej powodzeniem operacji ręki, której groziła amputacja. Nagle podbiegła do mnie Danielle, pielęgniarka która wczoraj asystowała przy operacji mojego pacjenta, a teraz opiekowała się nim.
-Coś się stało? - spytałem zdenerwowany.
-Nie, ale...
-Ale co? -zmartwiłem się i prawie krzyknąłem.
-Harry obudził się i chce wiedzieć co z jego rodziną.
-Powiedziałaś mu? -spytałem spokojnie.
-Nie, przecież to twój pierwszy pacjent i ty chciałeś się nim zająć.
-Tak, oczywiście.- bardzo bałem się przekazywania takiej informacji pacjentowi. Nie wiem jaka będzie jego reakcja na taką tragedię. Stanąłem przy szybie do jego sali, i zacząłem się w niego wpatrywać. Miał piękne, długie loki, które mimo opatrunku na czole i bandaża dookoła głowy były widoczne i prosiły się by je uwolnić, przeczesać i radośni zmierzwić. Jego zielone oczy błyszczały, wpatrywały się w jakiś punkt na ścianie, może zegar lub obraz. Miał malinowe, pełne usta, które aż prosiły się by złożyć na nich pocałunek. 'Lousie Tomlinsonie, przestań, to twój pacjent a w dodatku nie pełnoletni i o ponad 10 lat młodszy.'. Wejdę tam i przekażę mu tą wieść. To moja powinność. choć nie mam pewności czy powstrzymam się przed kontaktem z nim. Jeszcze wczoraj robiłem mu przeszczep nerki, a dziś marzę, żeby go pocałować, pieścić jego usta namiętnym pocałunkiem, objąć go, poczuć jego dotyk na swoich plecach...
-Jak się dzisiaj czuje mój ulubiony pacjent? -po co dodawałem ulubiony? Głupi Lou, niemądry Lou- powtarzałem do samego siebie.
-Kiepsko, jakby przejechał po mnie szwedzki tramwaj. -Uśmiechnął się odpowiadając, wtedy w jego policzkach zauważyłem śliczne dołeczki.
-A pan to...? -zapytał wpatrując się w moją twarz. Zrobiłem się czerwony czując jego spojrzenie na swoim ciele.
-Eee, Louis, Louis Tomlinson, Twój lekarz. -wydusiłem z siebie.
-Ja jestem Harry, czekałem na pana- chciałem by dodał 'całe życie', ale tak się nie stało.
-Ah tak, mam Ci przekazać co z twoją matką i siostrą.
-Leżą w sali obok? Kiedy będę mógł się z nimi zobaczyć?- był uśmiechnięty, lecz widząc moją minę posmutniał.
-Przykro mi, nie leżą w sali obok.
-Więc są w innym szpitalu. -zgadywał, jakby nie dopuszczał do siebie myśli co się stało.
-Niestety Harry, twoja matka i siostra nie przeżyły tego wypadku. -gdy to powiedziałem nie zareagował, patrzył na mnie, jakby to nie była prawda. Jakby nie chciał w to wierzyć.
-To nie możliwe, proszę pozwolić mi się z nimi zobaczyć! -zaczął krzyczeć przez łzy. Czułem jak do moich oczu również napływa słona substancja.
-Niestety to nie możliwe. -chciałem go, objąć, przytulić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Choć pewnie nie będzie. Mógłbym go okłamać, żeby tylko z jego pięknych oczu przestały spływać łzy. Spędziliśmy chwilę w ciszy. Słychać było pikanie urządzeń.
-Jak zginęły? -zapytał chłodno patrząc się w podłogę. Niestety muszę mu powiedzieć prawdę.
-Twoja mama umarła w skutek uderzenia głową o kierownicę. Pękła jej czaszka i dostała krwotoku do mózgu, zginęła od razu. -czułem jak teraz i mi po policzku spłynęła łza.
-A Gemma? -płakał coraz bardziej, ledwo wymówił imię siostry.
-Utonęła. Nawet nie wiesz jak mi przyk...
-Tobie jest przykro? To nie twoja rodzina zginęła! Zostaw mnie! Wynoś się stąd! -zaczął krzyczeć i próbował się podnieść.
-Leż, nie możesz nadwyrężać szwów. -powiedziałem spokojnie martwiąc się o niego. Tak, martwiłem sie o niego nie jak o pacjenta tylko jak o brata, choć wydawało mi się, że czuje do niego coś więcej.
-Nie będziesz mi rozkazywał! -krzyknął ponownie.
-Niestety muszę to zrobić, dla twojego dobra. Podszedłem do pulpitu morfiną. Podałem dawkę zapewniającą sen. Parzył na mnie z żalem. Po kilku sekundach od wciśnięcia przycisku, zasnął.
--------------------------------------------------------------------------------------------------
NOWA POSTAĆ!
Danielle Peazer  (25lat)

















Miła i serdeczna dla wszystkich pielęgniarka ze szpitala w Londynie. Prawie zawsze uśmiechnięta poprawia pobyt pacjentom. Przyjaciółka Louisa.

Rozdział 1

***HARRY***

Jechaliśmy samochodem, panowała cisza. Było mi przykro z powodu tego co się stało. Ale to w końcu  nie były moje narkotyki. Co jeśli mama mi nie uwierzy, że to nie moje? Zawiodła się na mnie. Po raz kolejny. Było już tyle powodów, a ja ciągle dodaje ich więcej. Czemu nie potrafię być normalnym dzieciakiem nie sprawiającym problemów wychowawczych? Gdzie my w ogóle jedziemy? Zastanowiłem się i przypomniałem sobie poranną rozmowę mamy z Gem. Celem naszej podróży jest ginekolog, znajomy mamy spoza Londynu.
-Co ty do cholery wyprawiasz. -mama rzuciła wściekle przerywając ciszę i moje rozważania.
-Mamo, ja prze...
-Za co przepraszasz, za to że niszczysz sobie życia? A co jeżeli kiedyś przedawkujesz? Pomyślałeś kiedyś jaki ból mi sprawisz odchodząc?
-Ale to nie moje, ktoś mi to podrzucił. -czułem się winny, mimo iż nic nie zrobiłem. Chciałem się jakoś wytłumaczyć.
-Musisz kłamać? Nie potrafisz się przyznać do błędu? Czemu nie możesz być taki jak twoja siostra?- mówiąc ostatnie zdanie miała łzy w oczach i niepewny głos.
-Mam przynieść Ci do domu bachora? Tego chcesz?- gdy to powiedziałem, od razu zacząłem żałować. Gemma siedziała cicho. Nie powiedziała ani słowa.
-Może tak byłoby lepiej, niż wyniszczać swój organizm? Harry, jesteś uzależniony, przyznaj się. -mówiąc to wciąż płakała. Chciałem zrobić coś by mi uwierzyła, ale nie wiedziałem co. To kumple Malika mnie w to wpakowali, bo on tak kazał. Na pewno. Za co w ogóle on mnie tak nienawidził? A może po prostu lubił się znęcać nad słabszymi, ja zresztą ewidentnie taki byłem. Patrzyłem na mamę siedzącą z przodu, miała zapłakane oczy i co chwila przecierała łzy z policzków. Była zdenerwowana. Nie jechała całkiem prosto. Trzęsły jej się ręce. Moja siostra natomiast patrzyła przed siebie i była smutna lub zdenerwowana. Z niej trudno wyczytać emocje. Ja również byłem roztrzęsiony, miałem żal do mamy że mi nie wierzy i byłem wściekły na Malika i jego bandę. Mama nagle coś powiedziała:
-Obiecaj, że nigdy więcej nie weźmiesz narkotyków.
-Jak mam to obiecać, skoro nigdy nie brałem!!! -krzyknąłem
-Obiecaj!! -mama odpowiedziała krzykiem. Nagle zamiast skręcić samochód pojechał prosto, spadaliśmy z małego pagórka, przed nami było jezioro. Ogromne jezioro, mama nie mogła nic zrobić. Za chwilę do niego wpadniemy. Czułem strach. Bałem się nie tylko o siebie, ale także o moją rodzinę. Stało się, wpadliśmy do zbiornika wodnego. Zanim woda zaczęła wypełniać samochód zdążyłem powiedzieć przez łzy krótkie:
-Obiecuję. Po czym energicznie nacisnąłem na klamkę samochodu, który był już do połowy zanurzony w wodzie i szybko wyskoczyłem na powierzchnię wody.. Wiedziałem, że muszę ratować moją mamę, siostrę i jej dziecko. Próbowałem otworzyć drzwi, lecz nie dało się, auto coraz bardziej znikało pod wodą. Wszedłem przez drzwi, którymi udało mi się wyjść. Działałem instynktownie. Zacząłem wyciągać Anne z samochodu kiedy spostrzegłem, że jest nieprzytomna. Próbowałem odpiąć jej pasy, zacięły się, ciągnąłem z całej siły by w końcu po chwili udało mi się ją oswobodzić. Zacząłem ją ciągnąć. Wydostaliśmy się z samochodu. Próbowałem dopłynąć do brzegu, który znajdował się dosyć niedaleko lecz mama była ciężka. Nie miałem siły, ale wiedziałem, że dam radę. Nagle poczułem grunt pod nogami. Stanąłem na moich kończynach poczułem piorunujący ból, wtedy uświadomiłem sobie, że są złamane. Przeszedłem za linię wody z Anne na barkach. Wiedziałem, że muszę wrócić po Gemmę. Nagle zakręciło mi się w głowie. Poczułem że upadam...


***LOUIS***

Już miałem zbierać się do domu gdy usłyszałem: Doktor Tomlinson proszony na salę operacyjną. Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że moja zmiana już się skończyła. Dzisiaj nie pracowałem jak lekarz. Po prostu siedziałem w gabinecie i rozkładałem swoje rzeczy. Teraz prawdopodobnie czeka mnie moja pierwsza operacja. Nie wiedziałem czy mam się cieszyć, czy smucić z powodu losu pacjenta. Czym prędzej ruszyłem stronę Bloku Operacyjnego. Zacząłem się przygotowywać ubrałem strój do operacji następnie dokładnie umyłem ręce środkiem zabijającym bakterie. Ubrałem rękawiczki i wszedłem na salę. Wziąłem kartę pacjenta i zacząłem służbową konwersację z pielęgniarkami.
-Jak się nazywa pacjent?
-Harold Edward Styles. -odpowiedziała kobieta z miłym głosem.
-Jak do nas trafił?
-Był ofiarą wypadku. Został przetransportowany helikopterem z okolic Londynu. Jechał z matką i ciężarną siostrą. Tylko on przeżył.- słysząc to posmutniałem nad losem tego chłopaka. Wciąż prowadziłem dialog z uroczą pielęgniarką. Rozmawialiśmy o urazach, grupie krwi i ilości środków znieczulających. Takie tam medyczne aspekty. Miał pękniętą wątrobę, uszkodzoną nerkę, wstrząśnienie mózgu oraz złamaną nogę, jego stan był krytyczny. Musiałem go uratować. Wiedziałem, że to mój obowiązek.
Zaczynamy? -powiedziała urocza pracownica szpitala.
-Tak, oczywiście. -po czym zacząłem operację. Nie było to proste, do tej pory tylko się tego uczyłem, a teraz musiałem przeprowadzić poważną operację w jamie brzusznej samotnie. Bez pomocy i wskazówek starszych lekarzy. Trochę się denerwowałem lecz już po chwili zająłem się swoją pracą. Zrobiłem niewielkie nacięcie skalpelem na linii narysowanej flamastrem po czym zająłem się zszywaniem wątroby. Była poważnie pęknięta. Użyłem rozpuszczalnych szwów, które my lekarze nazywamy zbawieniem chirurgów, bo nie trzeba ich potem wyciągać. Gdy po pewnym czasie dokładnie zszyłem największy organ wewnętrzny człowieka nadeszła pora zrobić przeszczep nerki od jego zmarłej matki. Organ filtrujący mojego pacjenta nie był w stanie się zregenerować. Na pierwszy rzut oka się udało, więcej dowiemy się gdy się obudzi. Operacja prawdopodobnie się udała. byłem z siebie dumny. Uratowałem człowieka. Mój pacjent został przewieziony na Odział Intensywnej Terapii.